Dziś skończyłam liceum! Tak! Udało mi się. Świadectwo też całkiem przyzwoite.
Ważniejsze co się działo później.
Więc dzisiejszy post (pełen przeprawek i backspaceów pisany niespełna rozumu) będzie bardziej relacją-wspominką dnia dzisiejszego.
Obudziłam się stosunkowo wcześnie, przed 9:00, ogarnęłam ipoda, obecnie słuchanego audiobooka... Nic nie robiłam dzień cały. Aż do 13:00. Wówczas spostrzegłam, że nie mam rajstop do spódniczki na zakończenie. Mniejsza, znalazły się... Ubrałam się, wykąpałam, uczesałam, umalowałam, bo celebration... I poszłam. Po 2óch godzinach nuuudów i siedzenia na sali gimnastycznej, gdzie rozdanie świadectw było, plan obejmował wyjście gdzieś. całą klasą raz ostatni. Początkowo sceptycznie, bo z klasą nigdy blisko nie byłam, przystałam na to.
Poszliśmy do pizzerii. Klasa miała rezerwację i jeden duży stół. Wpadłam lekko spóźniona, ale i tak jeszcze nie zamówili. Poprosiłam o pizzę włoską. Lubię włoską, bo mozarella, pomidory i bazylia. Jest dobra (seriooo).
Każdy zamawiał piiiwo. No to też zamówiłam. W sumie w ofercie nic lepszego nie było. Po połowie jednego (ciemnego) już miałam nastrój na przytulanie i było mi ogólnie ciepło w środku. Potem zjadłam dwa kawałki włoskiej pizzy. Dobra była. Potem znowu wzięłam piwo. Jasne tym razem. Już byłam nawalona i kiwałam się chodząc (kilka razy chodziłam po dostawy, siedziałam na brzegu sofy). Było mi śmiesznie i nawet cieszyłam się że tam siedzę ze swoją klasą. Po 19 musiałam iść siku. Nie wiem ile siedziałam w łazience, około 10 minut może, ale ucelowałam na 100% ;)
Koleżanka powiedziała mi że krew mi leci z nosa. Uwierzyłam, wysmarkałam i rzeczywiście miałam zakrwawioną chusteczkę. A ona mówiła, że żartowała!
Około 19:30 opuściliśmy pizzerię. Chcieli mnie odprowadzić, ale powiedziałam, że dam radę. Doszłam do ławki w parku i tam usiadłam. Siedziałam w tym samym miejscu, niemal bez ruchu przez około 30 minut. Nie wiem jak ten czas leciał, szybko niewątpliwie, bo nic stamtąd nie pamiętam. Zrobiłam nawet focię drzew od dołu i udało mi się ją puścić na fb!
Po 20tej przesłałam koleżance sms że siedzę w parku. Kilka minut później odpisała, żebym poszła do domu. Trochę obawiałam się reakcji rodziców, bo byłam kompletnie wstawiona. Nie pamiętałam ile tam siedziałam, ale uznałam, że nie wytrzeźwieję bardziej, siedząc w parku. Doczołgałam się do domu, około 400 metrów dalej w linii prostej. Starałam się iść prosto i po jednej linii. Hahahahaha! Musiało to komicznie wyglądać!
Nie pamiętam jak doszłam do domu. Nikogo nie było. W każdej razie walnęłam w pokoju torebkę, grabnęłam ręcznik i piżamę i poszłam się umyć. Ledwo się wysiusiałam, rozebrałam, nie pamiętam jak, zerzygałam się. Pizzą. Wydawało mi się, ze trochę otrzeźwiałam. Hahahah! Jaaasne. Wykąpałam się w zimnej wodzie, zimnej!, i znowu: paw! Umyłam zęby, wyczyściłam sedes, co dziwniejsze, wcale się go nie brzydziłam. Położyłam się spać. Około 21ej, zadzwonił tata. Chciał się spytać czy mnie odebrać czy sama wrócę. Wydawał się zdziwiony że ja już w domu. Nie wiem czy słyszał mój poziom nawalenia. Wstyyyd! Ja wtedy leżałam, i uznałam że powinnam wstać i przynajmniej udawać że wszystko w porządku. Jak tylko wstałam zerzygałam się na podłogę w pokoju. Nie jestem pewna, ale chyba się poślizgnęłam w tym. Fuuuj. Wiem. Ale byłam w takim stanie, że wszystko jedno! Tobie też by było wszstko jedno. Ale posprzątałam. Chwilę później wrócili rodzice. Wyczuli... :(
Ale potraktowali mnie wyjątkowo wyrozumiale. Dali kropli i herbaty. Odkazili i o nic nie pytali...
Rzygałam około pięciu razy. W sumie. Nigdy tyle nie rzygałam.
Ale mimo wszystko koniec szkoły mogę uznać za udany :)
Już minęły prawie dwie godziny od ostatniego pawia, pozbyłam się wszystkiego, ale jest dobrze;) Jest dobrze...
Będę (miło) wspominać koniec szkoły do końca życia.
Pozdro;)