Jeśli chodzi o moją kartkę, to moje zasługi zazwyczaj ograniczają się do:
"-przychodzę do szkoły; staram się być na czas,
-dekoracja sali (/przeniesienie dwóch krzeseł...),
-uczestnictwo w ... święcie klasowym ?,
-(...wymyślanie czegoś na siłę, bo przecież głupio jest oddać pustą kartkę, co niechybnie i nie bez przyjemności bym zrobiła)"
Przed chwilą przyszło mi do głowy, że w sumie to powinno się mnie ozłocić za moją dobroć i koleżeńskość!
Już trzeci rok siedzę w bólu z OSOBĄ, z którą nikt nie siedzi z wyboru. Męczę się w pełnej zaduchu klasie, na obrzydliwych, obitych starym, obleśnym materiałem krzesłach z tą osobą.
Nigdy nie pokazałam jej wprost szczerej wrogości, choć nie obyło się bez kilku wymownych, sugestywnych uwag, ale nigdy nie okazałam też szczerej sympatii. Unikam dotyku, nawet kolanem, ręką, łokciem, żadnej z jej rzeczy.
Chyba słabo przedstawiam ten obraz...
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam JĄ, fuck!, wiedziałam, w jakiś sposób, że bedzie ze mną siedzieć. Nie uśmiechnęłam się w żaden sposób, raczej 'zmroziłam' spojrzeniem. (przyciągam frajerów...)
Niespecjalnie się zdziwiłam, gdy ta sama osoba, dnia rozpoczęcia szkoły nieśmiało spojrzała na puste miejsce koło mnie, (w tej, jeszcze wtedy nie udoskonalonej na tak obrzydliwą, klasie), i spytała czy może tu usiąść. Było tłoczno, okazja bardziej do powitania w nowej szkole, omówienia spraw organizacyjnych, krótko, więc wzruszyłam ramionami.
Wyglądała strasznie! Odsunęłam się na skraj ławki, który zajmuję do tej pory, a ona rozwaliła się ze swoją osobą na 3/5 powierzchni. Tak jest do dzisiaj. Wlicz jeszcze przerwę - puste miejsce pomiędzy mną a tymi jej 3/5 ławki, to mi zostaje niewielki skrawek do egzystencji i się duszenia.
Powinno się mnie ozłocić albo osmolić za to, że nie powiedziałam jej w pierwszym tygodniu 'Wypierdalaj pod tablicę!', tylko się zlitowałam nad tym 'biednym' human beingiem, męczącą osobą, która dzień w dzień wkurza mnie zadając błahe i niepotrzebne pytania w dziwnych i nieodpowiednich momentach, pytając nawet wtedy gdy mam słuchawki w uszach, przeszkadzając w słuchaniu muzyki i będącą tak irytująco-śmiesznie nieporadną. Rozsadza mnie złość za swoją bierność.
Chyba czekałam na rozwój sytuacji, który nie nastąpił. Czekałam, kiedy ta osoba zrozumie, że nie jest w moim towarzystwie mile widziana.
Teraz po 2,5 roku, kiedy za 2 miesiące kończę szkołę sądzę, że już chyba nie warto... psuć tego mojego męczeństwa... O taak! Czasem czuję się jak męczennica, siedząca cicho i przyjmująca całe zło.
Powinnam opisać tą sytuację na kartce i wręczyć wychowawczyni pierwszą, w pełni szczerą opinię. Chciałabym żeby to przeczytała. Ale obawiam się, że chyba nie zrozumiała tej sytuacji, ani mojego puntu widzenia.
Bo przecież czemu czepiam się i co mogę mieć naprzeciw tej niewinnej, bezradnej i milusiej OSOBIE...? Huh? - Cóż, coś tam jednak mam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz