sobota, 18 maja 2013

POST 6: dzień, jakiego nie lubię...

...to taki dzień jak dzisiaj: w wolny dzień ktoś budzi cię wcześnie rano, chociaż wieczorem uprzedzasz 'nie budź mnie wcześniej niż o 11'; słońce od rana napieprza przez okno, a ty próbujesz, i próbujesz jak najszczelniej zasłonić tę cholerną zasłonę; łóżko wydaje się niewygodne i dziwnie brudne, pies wciska się pod kołdrę i patrzy błagalnie, żebrząc o nie wiadomo co; po południu, jak już wygrzebiesz się z łóżka i doprowadzisz do przyzwoitości, uświadamiasz sobie że na dworze jest gorąco, a ty baaaardzo, ale to baaardzo! nie znosisz takiej pogody i jak na złość nie masz nic do ubrania na taką pogodę, a jak już coś się znajdzie, okazuje się, że twoje nogi są tak blade, że za nic w świecie nie ubierzesz tej znalezionej rzeczy; chcesz coś zjeść, coś słodkiego, a jak już to zjesz, to jest ci za słodko i już zwyczajnie nie wiesz czego chcesz, wtedy kładziesz się, bo zwyczajnie nie masz pomysłu, co ze sobą zrobić; dzwoni matka: jest w sklepie, robi zakupy, bo jutro jakieś święto i chce, żeby przyjść, pomóc taszczyć te torby wypchane niepotrzebnymi rzeczami; w złym humorze wracasz do domu, dokańczasz film, próbujesz coś poćwiczyć, bo zbliża się lato, bo tak wypada, ale w końcu walisz się na łóżko, z brudnymi stopami i myślą: 'dzisiaj zmienię pościel, posprzątam' - aha!, bierzesz komputer, przeglądasz co jest do przejrzenia, 'jaki okropny dzień!', smarujesz o tym posta, publikujesz, już nawet bez żadnej piosenki i zamykasz wszystko, aby za chwilę usiąść przed telewizorem i przez najbliższe trzy godziny nie zrobić dla świata kompletnie nic.
Jutrzejszy dzień, będzie równie udany i pożytecznie spędzony: przed tobą perspektywa komunii kuzynki - impreza za stołem w towarzystwie starych ludzi; ty nie jadasz mięsa, ani innych lokalowych wymysłów kulinarnych, pod którymi ów stół, zapewne, będzie się uginał; wrócisz do domu wieczorem, z głodowym bólem głowy i świadomością, że następnego dnia idziesz do szkoły: zaczynasz dwoma angielskimi z tymi popierdoleńcami z mat'fiza, a wracasz dopiero około 15... 

Wera, powodzenia! :)


EDIT: jest godzina 21:3X, po powrocie z komunii: spełniły się wszystkie obawy: frytki (jedyna zjadliwa rzecz) zostały podane na półmisku z obrzydliwie wyglądającym mięsem, na stole były same wymyślne sałatki, które śmierdziały majonezem, kelnerzy przechadzali się wzdłuż stołu i chamsko zaglądali każdemu w talerz, z głośników w ciągu godziny kilka razy puścili 'Move like Jagger', które po dwóch razach stało się po prostu nieznośne, było upalnie, a samoopalacz okazał się być źle rozsmarowany.
Perspektywa jutrzejszego dnia nadal wisi nade mną. Boli mnie głowa.
Pozdrawiam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz